Przetestowałem 7 różnych „lokalizatorów”. Tylko jeden naprawdę pozostał ukryty.
Pozwól, że oszczędzę Ci czasu i pieniędzy, które sam zmarnowałem.
Przez ostatnie dwa lata testowałem AirTaga za 179 zł, którego wszyscy polecają, SmartTaga za 149 zł, który działał tylko z jedną marką telefonu, trzy no-name lokalizatory z Allegro z podejrzanie idealnymi opiniami, lokalizator GPS za 449 zł, który chciał jeszcze 35 zł miesięcznie ekstra — i w końcu ten mały czarny, o którym detektyw policji wspomniał w telewizji.
Sześć wylądowało w koszu — albo gorzej, złodziej znalazł je pierwszy.
Jeden pozostał ukryty. Oto różnica:
Złodziej nigdy go nie znalazł
Dziś brzmi to oczywiście, ale mój pierwszy lokalizator był błyszczącym białym krążkiem z logo Apple. Równie dobrze mogłem go zapakować złodziejowi na prezent. Ten? Matowo-czarny, wielkości monety, wpięty w ukryty magnetyczny uchwyt pod fotelem. Żadnego białego krążka, żadnego migania, żadnego napisu „ukradnij mnie". Gdy pierwszy raz go schowałem, sam nie mogłem go znaleźć. Dlaczego nie każdy lokalizator tak wygląda?
Polecane przez policyjnych śledczych
Para została okradziona na ulicy. Walizka, paszporty, wszystko zniknęło. Czego złodzieje nie wiedzieli: w kosmetyczce był ukryty mały lokalizator. Kilka minut później policja znała lokalizację. Dwa zatrzymania. Detektyw powiedział to w telewizji: „To ten lokalizator nam pomógł."
Działał z moim Androidem. I z jej iPhone'em.
Moja żona ma iPhone'a. Ja jestem na Androidzie — jak 7 na 10 Polaków. AirTag zadziałałby tylko u jednego z nas. A te tanie lokalizatory z własną aplikacją? Ta aplikacja umiera w dniu, w którym upada firma. Ten działa z iPhone'em i Androidem — korzysta z sieci lokalizacyjnych działających już na milionach telefonów. Bez karty SIM, bez abonamentu. Właśnie tak śledził skradzione auto przez całe miasto, podczas gdy gadżety z Allegro z „zasięgiem 50 m" zamilkły na końcu ulicy.
Patrzyłem na swoją walizkę na mapie
Moja torba nie zjechała z taśmy w Monachium. Kiedyś bym spanikował. Zamiast tego otworzyłem aplikację: wciąż we Frankfurcie. Pokazałem obsłudze dokładną lokalizację. Odzyskałem ją następnego ranka.
Mój stary lokalizator padł. Ten nie padnie.
Mój stary lokalizator padł dokładnie w tym tygodniu, kiedy naprawdę go potrzebowałem. Bateria rozładowana, żadnego ostrzeżenia, torba zniknęła. Ten? Dwa lata na jednej baterii. Żadnych kabli, żadnych ładowarek, żadnego sprawdzania w aplikacji, czy jeszcze żyje. W obudowie wielkości monety: precyzyjna antena i chip, które robią całą robotę — ani razu o tym nie myślisz. A gdy w końcu się wyczerpie, wymienisz baterię w dziesięć sekund.
Ostrzegł mnie, zanim cokolwiek zgubiłem
Tego się nie spodziewałem. Wychodziłem z restauracji we Wrocławiu, trzy kroki za drzwiami — telefon wibruje: „Twoje rzeczy zostały w tyle." Torba wciąż wisiała na krześle. Nawet nie zdążyłem jej zgubić. Wszystkie tanie lokalizatory działają dopiero wtedy, gdy jest już za późno — coś zniknęło i zaczyna się szukanie. Ten uprzedza Cię, zanim odejdziesz bez kluczy, torby czy walizki. Od tamtej pory nie „znajduję" swoich rzeczy. Po prostu przestałem je gubić.
Bez abonamentu. Sprawdziłem dwa razy.
Czekałem na haczyk. Drugi miesiąc — brak rachunku. Szósty miesiąc — brak rachunku. Inne lokalizatory kosztują 40 zł miesięcznie na zawsze — to prawie 1000 zł w dwa lata za to samo. Ten: płacisz raz i koniec.
Jedyny, który miał sens
AirTagi (4-pak, 1 rok):
- Cena początkowa: ok. 430 zł
- Wymiana baterii: ok. 130 zł
- Tylko Apple: połowa domowników nie może z nich korzystać
- Biały dysk łatwo rzuca się złodziejom w oczy
- Razem: ok. 560 zł + ograniczenia
WAYYPINN Tracker (3 sztuki, kup 2 + 1 gratis):
- Cena pakietu: 260,00 zł
- Działa z Apple i Androidem
- Dyskretny czarny design — trudny do zauważenia dla złodziei
- Bez subskrypcji — nigdy
- W zestawie 3 darmowe etui magnetyczne
- Razem: 260,00 zł + spokój ducha